IV

Lato.

Tomek poszedł na spacer. 

Słońce lało się z nieba. Co jakiś czas wiał chłodny, delikatny, muskający wiatr. 

I ten zapach: świeżości, lata, ciepła, łąk. 

Szedł przed siebie. Znał okolicę. Dzień był nudny i Tomek musiał wyjść z domu by nadać mu jakąś treść.

Na łąkach rosły maki i chabry. Kołysały się na wietrze. Leniwie. Błogo. Powoli. Otaczające je trawy tryskały zielenią. 

Gama kolorów była pocieszeniem dla oczu. Z każdym mrugnięciem Tomek czerpał radość.

Dotarł do lasu, pośród którego otaczał go cień. Promienie Słońca dotykały go co jakiś czas. Delikatnie grzały, dawały miłe uczucie ciepła. 

Za lasem był staw. Woda odbijała promienie Słońca, migotała. Szedł brzegiem, pośród traw, trzcin. 

Przystanął na chwilę. Nikogo nie było. Żywej duszy. On i natura. Otaczała go zewsząd, działała na zmysły, dodawała otuchy. Sprawiła, że na jego twarzy zagościł uśmiech. Pozwalała mu odpocząć, odetchnąć, nabrać sił. 

Pora wracać. Słońce powoli opadało. Gdy szedł, obserwował zachód. Powietrze nabierało wilgoci. Uwielbiał tę porę. 

Wrócił do domu. Wypił herbatę siedząc na tarasie. 

Dzień się skończył. 

Był piękny.


About this entry