Etapy
Na początku pojawia się samotność. Gryzie. Przypomina o sobie w najmniej odpowiednich momentach. Człowiek stara się wtedy kamuflować, stara się ją ukryć. Dlaczego? Bo to dołujące przyznać się przed kimś, że się odczuwa samotność. Ciężko jest o tym mówić w ogóle. Bo serce pęka. Momentalnie.
Kolejny etap to mieszkanie z samym sobą. Nikogo obok nie ma. Absolutnie sam. Sam wstajesz, sam jesz, sam oglądasz tv, sam powieszasz pranie. W ciszy. Nie odzywasz się do nikogo pośród swoich ścian. Sam z domu wychodzisz i sam do niego wracasz. Nikogo w nim nie ma. Cisza. Odpadają przyjemności, że ktoś w domu coś za Ciebie zrobi, że powie coś miłego, zapyta jak się dzisiaj czujesz, jak było na uczelni. Pierdoły, które sprawiają, że życie smakuje lepiej.
Na początku jest ciężko. To męczy. Chcesz się na kogoś spojrzeć, z kimś pogadać, ale nie ma do kogo. Żeby to zrobić, musisz się spotkać z przyjacielem, z kolegą. Nie ma z kim ponarzekać na pogodę, na gołębie..
Potem przychodzi ten etap, że się przyzwyczajasz. Na początku do samotności. Potem do mieszkania samemu. To wydaje się okropne. “Przyzwyczaić się do mieszkania w samotności”. Jak to okropnie brzmi.. Jakie to jest mentalnie dobijające. Co gorsza, zaczyna Ci przeszkadzać, gdy ktoś bez Twojej zgody wkracza do Twoich czterech kątów, panoszy się po Twojej kuchni, przełącza Ci kanały w tv..
Potem powoli, stopniowo zaczynasz tracić nadzieję, że sobie kogoś znajdziesz. Do głowy przychodzą myśli typu emo: “Nikt mnie nie chce”, “Nikomu się nie podobam” itp. Zastanawiasz się, dlaczego jesteś sam, dlaczego nie zwracasz niczyjej uwagi ze wzajemnością. Wszystko w Tobie wydaje się być ok, ale ciągle masz wrażenie, że czegoś Ci brakuje. Zaczynasz pracować nad sobą, zmieniać się (wyłącznie na lepsze), ale to i tak nie daje pożądanego efektu. I znowu te myśli: “Ale co jest ze mną nie tak?”. No i błędne koło.
I przychodzi chyba najgorszy etap..
Tracisz nadzieję w możliwość spełniania się marzeń. Masz wrażenie, że bycie z kimś jest tak nieprawdopodobne do zaistnienia, że właściwie się nie zastanawiasz nad tym czy to może mieć miejsce. Nie może. “Przecież jak do tego może dojść?”. Nic nie daje Ci znaku, że znajdziesz tego kogoś, że gdzieś tam żyje, właśnie gapi się przez okno i też się nad tym zastanawia. To po prostu nie może się stać. Przecież marzenia się nie spełniają..
Kolejny krok jest inny niż poprzednie. Przynosi bowiem coś ciekawego: zobojętnienie. Uświadamiasz sobie, że naprawdę jesteś sam, że nie ma nikogo komu miałeś być powierzony. Powietrze wokół Ciebie wydaje się zaciskać na Twoim ciele, przykleja się, stwarza kokon, który przylega do Ciebie i oddziela Cię od Świata. Wszystko dookoła traci wyraz, staje się obojętne. Nieważne jest to, że nie ma osoby Ci przeznaczonej przy Tobie, że ona nie istnieje. Na nikim Ci nie zależy. Nie myślisz o kimkolwiek, gdy zasypiasz. Do nikogo nic nie czujesz. Wszyscy żyją własnym życiem i nic nie zapowiada zmian w tym aspekcie. Ta perspektywa jest poniekąd wyzwalająca. Niekochanie nikogo ma swoje plusy. Oby ten stał trwał.
Oby nie było kolejnych etapów. A jeśli są, to mam nadzieję, że są lepsze.
Żadnych komentarzy.
Jump to comment form | comment rss [?] | trackback uri [?]