Inaczej
Od niedawna świat został narysowany na nowo. Stało się coś w stylu tego, co miało miejsce po powrocie z Londynu. Nowy ołówek, ale ten sam rysunek. Zmieniłem nastawienie do świata, do uczuć. Wcześniej wciąż chciałem, szukałem, nalegałem, momentami się narzucałem, siłowałem się sam ze sobą, czasem z niewidzialnym wrogiem. Nie myślę już o tym w ten sposób. Myślę inaczej. Właściwie nie zastanawiam się za bardzo nad tym at all. Godzę się ze wszystkim. Jeszcze nigdy nie miałem tak obojętnej postawy wobec spraw osobistych. Nie mówię, że nie chcę. Chcę z kimś być. Ale jeśli nie jest mi to dane, to niczego nie wymagam. Wymagania wobec Świata powodowały bardzo często ból, cierpienie, wewnętrzne krwawienie. Ich formułowanie nie ma najmniejszego sensu. Są to rzucane w nicość pragnienia, które wylatują z nas i nigdzie nie trafiają. Wymagać można tylko od siebie lub innych ludzi. Wówczas, to czego chcemy ma punkt zaczepienia, jest od czegoś zależne, jest szansa, że będzie miało jakąś konsekwencję.
Nie mam też ochoty się starać tak jak kiedyś. Bo to było męczące i momentami śmieszne. Będzie co ma być. Na nic nie nastawiam, choć w dłuższej perspektywie staram się myśleć o życiu tak, jakbym miał być sam. Bardzo często gdy mówiłem komuś, że pewnie będę żyć sam, to dana osoba protestowała, że to niemożliwe, że nie i takie tam. Tak jakby to, że tak powiedziała miało nagle spowodować, że wycofam się z tych słów. Nie. Bo tak myślę i czuję. Skoro nie miałem jeszcze nikogo, to czy taki ktoś się w ogóle pojawi? Spędzę życie raczej sam. Będą przyjaciele, rodzina, ale wątpię by znalazł się facet, który będzie ze mną na dobre i na złe. Czasami zastanawiam się nad tym, czy jeśli bym był z kimś przez dłuższy czas i to by się skończyło, to czy wystarczyłoby mi już to na całe życie. Myśl ta wpadła mi do głowy, gdy poznałem pewną starszą panią, wdowę. Dotarło wtedy do mnie, że przychodzi taki etap w życiu, w którym jest czas na podsumowanie, na przemyślenia, ale nie na działanie. Przeważnie ma to miejsce, gdy jesteśmy starzy. I wpadła mi wtedy do głowy ta myśl: kończy się Twój związek, partner umiera albo kończycie to z wyboru. Kiedy czujemy, że to już nam wystarczyło? Że to był związek naszego życia i nie będzie już niczego więcej, że jesteśmy nasyceni? Że pozostają tylko wspomnienia i rozmyślania na temat tego co było i koniec? Myślę o tym i nie umiem znaleźć odpowiedzi. Tak właściwie ten stan może być błogosławieństwem. Bo skoro we had the time of our lives, to czy można chcieć czegoś więcej? Myślę, że skupiłbym się wtedy nad sobą lub oddał czemuś, jakiejś pasji, idei.
Podsumowując, mogę powiedzieć, że moje życie osobiste się uspokoiło. Nie targa mną już usilna chęć bycia z kimś. Nie myślę o tym dniami i nocami. Nie wyobrażam sobie rzeczy, które mogły mi wlecieć do głowy przez kogoś. Nie mam bezpodstawnych myśli, które potrafiły zżerać mnie od środka. Nie zastanawiam się nad tym, że jestem sam. Nie jestem związany łańcuchami, nie ma presji związkowej, nie muszę się starać, biegać za tym, żeby z kimś być. Mogę iść ulicą i nie użalać się nad sobą, myśleć o dupie Maryni, cieszyć się wiosennie zielonymi drzewami w mieście i Słońcem muskającym moją twarz, odetchnąć pełną piersią i poczuć zapach wolności.
1 Comment
Jump to comment form | comments rss [?] | trackback uri [?]