Kolejny, niekolejny

Wyobraź sobie, że istnieje ktoś, do kogo nie odczuwasz zwykłej sympatii, tylko coś więcej. Coś, co czasem daje Ci szczęście, na chwilę. Na chwilę, bo zdajesz sobie sprawę, że to tylko Ty coś czujesz, a nie wiesz jak to jest u tej drugiej osoby. Na myśl o niej na Twojej twarzy ukazuje się uśmiech, zadowolenie, a w głowie radość. “Ale by było fajnie…”

A teraz dodaj do tego coś więcej. Znasz tę osobę, ona zna Ciebie. Spotkaliście się kilka razy, minęło trochę czasu od ostatniego spotkania, bo on (no on..) nie miał czasu, żeby się teraz spotkać. Ale to mu wybaczasz, bo przecież poczekasz..

I tak czekasz, i czekasz. Co jakiś czas o nim myślisz, bo chcesz myśleć, chcesz myśleć o nim dobrze.

Nagle chcesz się bardzo z nim spotkać. Już masz dość czekania. Chcesz się spotkać i koniec. Piszesz esemesa – on nie odpisuje. Potem dorywasz go gdzieś w internecie i piszesz jeszcze raz. Odpisuje. Pisze, że nie może bla, bla, bla. Ok. Czekasz.

W końcu zdajesz sobie sprawę, że on nie tyle nie może, co nie chce. Strzał w twarz.

Potem dajesz sobie spokój, choć wewnętrznie chcesz; wiesz, że gdyby pojawił się na ulicy tuż przed Tobą, fontanna szczęścia, radości wybuchłaby w Twoim ciele. Ale tak się nie dzieje. Nie spotykasz go na ulicy, on przestaje istnieć. Ale nie zapominasz o nim, po prostu już o nim nie myślisz, starasz się przynajmniej.

Jakiś czas potem, dłuuugi czas potem decydujesz się napisać jeszcze raz, coś w stylu “co u Ciebie” czy jakiś inny bezwartościowy, bezpłciowy bełkot w celu obadania czy w ogóle zareaguje.

A on reaguje. Odpisuje podobnym, bezwartościowym bełkotem. Lecz ta wiadomość ma dużą wartość. “Odpisał”. To tak wiele. Naprawdę. Pytasz się czy może chciałby się spotkać. Używasz bardzo kulturalnych zwrotów by zabrzmieć półżartem, półserio. A on odpisuje, że nie może, bo jest zabiegany i..

Bo ktoś pojawił się na horyzoncie.

Krach na giełdzie w NY w 1929 roku, Armageddon, apokalipsa, bankructwo, śmierć, plaga, epidemia i diabeł jeden wie co jeszcze!

Siedzisz i nie możesz się ruszyć.

Odpisujesz, że życzysz powodzenia.

Przecież Ty im życzysz aby im nie wyszło! Wtedy może pojawiłaby się szansa, jej cień!

A teraz sobie wyobraź, że przez cały ten czas było w Tobie jeszcze jedno odczucie: że rozumielibyście się bez słów. Że instynkt podpowiadał Ci, że to nie jest jeden z tych wielu. O nie. To jeden z tych niewielu, do których miłość byłaby paląco szczera i (podkreślam: i) związek byłby płynny, udany. Czy tak by było? Nie wiesz. Ale instynkt Ci tak podpowiadał. A to nie zdarza się przy każdym z nich. Przy większości z nich pojawia się odwrotna myśl: “Boże, z nim? Przecież to nie byłby związek. To by było życie obok siebie”.

Załóżmy, że kogoś poznasz, coś się między wami pojawi. Co zrobisz jeśli on, ten najlepszy się pojawi w Twoim życiu ponownie, właśnie wtedy?

Ale on, ten, właśnie ten najlepszy, on Cię teraz nie chce. On chce być z kimś innym.

I tak mu to wybaczasz. Przecież go..

“Why don’t you breathe in… breathe in through me”


About this entry