Spalone słońcem niebo

Był to jeden z tych zwykłych dni. Siedziałem w domu, grałem. Ze szkoły wróciłem kilka godzin temu, zjadłem obiad, odrobiłem lekcje i wszystko co było trzeba zrobić na jutro do szkoły. Mamy nie było w domu – pojechała gdzieś, jak zwykle załatwiać coś, zrobić zakupy itd.

Zaczynała się jesień. Było coraz chłodniej, słońce później wstawało, wcześniej kładło się spać. Powietrze było przepojone zapachem ziemi, zoranych pól.

Grałem. W pewnym momencie do domu przyszedł ojciec zrobić sobie kanapkę. Formalnie był w pracy, bo on zawsze był w pracy, ale jako, że był w okolicy, to wpadł zrobić sobie kanapkę. On był w kuchni, ja u siebie. Mówił do mnie. Powiedział, że za dziesięć minut mam być na polu, pomóc mu w pracy. Bardzo nie chciałem, bardzo nie chciałem tam iść. Po pierwsze dlatego, że chciałem grać, po drugie: nudziłbym się tam na śmierć, po trzecie: musiałbym z nim spędzić czas. Nic nie odpowiedziałem – ani nie potwierdziłem, ani nie zaprzeczyłem, bo przecież on nawet tego nie wymagał. Mówił zdaniami twierdzącymi, nie pytającymi, bo jak mówił: on mnie o zdanie nie pyta. Tym razem jednak nie chciałem się zgodzić. Poszedłem do kuchni. On powtórzył to samo. Powiedziałem “nie”. “Co?”. “Nie, nie przyjdę”. Zewnętrzną częścią jego dłoni dostałem w brodę. Powtórzył to jeszcze raz. Bolało. Popłynęły łzy. “Masz tam być za dziesięć minut”. Wyszedł.

Posiedziałem w kuchni. Założyłem kurtkę. Wyszedłem.

Słońce już zachodziło. Było wielkie i pomarańczowe.

Ojciec był już na polu. Chodził, oglądał kwiaty. Nikogo nie było w okolicy. Cisza. Czasem przejechał w oddali jakiś samochód, przeleciał jakiś ptak. Ojciec chodził i opowiadał mi o kwiatach. Że te są takie, że nie lubią tego, że ciężko znoszą to czy tamto. Miałem to w dupie. Byłem na niego potwornie wkurwiony i zarazem absolutnie bezsilny. Nic nie mogłem zrobić. Znowu osiągnął to, co chciał.

Podawałem mu etykiety, które wbijał w ziemię i opisywał co z daną odmianą zrobić. Przez cały czas milczałem. Ewentualnie mu coś odbąknąłem, nie używałem słów. Czułem się strasznie, chciałem po prostu stamtąd uciec, być jak najdalej od niego. Chciałem by ten cały gniew, ta cała złość wyszła ze mnie i sprawiła, by zrozumiał co czuję, jak się czuję.

Przeszliśmy całe pole w jedną i drugą stronę. On pierdolił, ja podawałem etykiety i udawałem, że słucham. Moje myśli były skupione na momencie uderzenia w kuchni. To był taki dziwny ból. Uderzył dokładnie na wysokości dziąseł – bolała mnie zatem broda i dziąsła. Nadal pulsowały.

Gdy doszliśmy do końca i już mogłem iść, przytulił mnie i przeprosił. Wyrwałem się. “Przepraszam?! Ty mnie przepraszasz?! Nie cofniesz tego! Trzeba było myśleć co się robi! Spójrz na siebie! Spójrz na to, co robisz ze swoim życiem, naszym życiem i naszą rodziną! Ty nas lejesz! Ty nas po prostu lejesz! Zastanów się nad tym co robisz!”. Żywym krokiem ruszyłem w kierunku domu. Nic nie odpowiedział. Pierwszy raz nazwałem rzeczy po imieniu i chyba to go zatkało. Miałem trzynaście lat. Pierwszy raz go wyzwałem, pierwszy raz on mnie za to nie ukarał.

Niebo było spalone słońcem, które było nisko i oświetlało wszystko mocnym, lecz nie rażącym światłem. Niebo mieniło się od bliskiej czerwoności pomarańczy poprzez żółć, zieleń, błękit do granatu. Było bezchmurne.

Byłem całkowicie wkurwiony. Płakałem. “Przepraszam, kurwa przepraszam! Jak on kurwa mógł mi coś takiego powiedzieć!”. Myślałem, że jest idiotą. Wiem, że pojęcie bycia ojcem, bycia mężem, przynajmniej od momentu kiedy żyję, było mu obce, nigdy nie spełniał się w tej roli. Moje rodzeństwo coś pamięta, ja może mam jakieś przebłyski, ale żadna szczęśliwa chwila nie jest dalej szczęśliwa, gdy całokształt zostaje zdominowany przez bolesne wspomnienia.

Nie wiem co on wtedy sobie pomyślał. Mam to w dupie, bo i tak moje postawienie się nic nie dało. Nadal nas lał.


About this entry