My personal Hitler
Ów stwierdził ostatnio, że to nasza (moja, mego rodzeństwa i mej matki) wina, że nas bił. Że mnie (nie raz) uderzył w twarz, że memu bratu złamał nos, że mą matką rzucał na podłogę. Powiedział, że muszę na to spojrzeć przyczynowo, a nie skutkowo, bo na ten moment tak na to patrzę (bo przecież to, że ktoś został pobity, to szczegół i nie mam tu na myśli klapsa). Gdybyście znali te wszystkie przyczyny, to śmialibyście się tak, jak ja z absurdu, który głosił. Powiedziałem mu, że popiera zatem makiawelizm – “cel uświęca środki”. Na początku nie skumał, więc musiałem jak krowie na rowie. Pogratulowałem mu toku myślenia i powiedziałem, że każdy psycholog by mu powiedział, że to, co mówi jest chore, że tu chodzi o jego brak panowania nad sobą. Oczywiście stwierdził, że nie mam racji.
Jak można powiedzieć, że to wina dziecka, że dostało w twarz, że złamano mu nos? Jak tak można nawet myśleć?
On uważa, że nie jest winny, że to my jesteśmy winni. Dziwię mu się. Podnosił rękę na kobietę, na swoją żonę, na własne dzieci. W jakim ja żyłem absurdzie. Nie chcę już w nim żyć. Nie chcę właściwie go znać, ale spotkania rodzinne, telefony w Święta… Nie chcę palić mostów, bo jest to rozwiązanie ostateczne. Kiedyś spaliłem most, ale to nie była osoba z rodziny – to było wykonalne.
Czy poczuję ulgę, gdy on odejdzie z tego świata? Czy poczuję spokój? Pewnie nie w pełni, bo przecież wspomnień nie wymażę. Będę jednak wiedział, że już nigdy więcej mnie nie skrzywdzi. Nigdy.
Przeprosił mnie za to, że mnie bił, choć nadal uważał, że to nasza wina. Powiedział, że się tego wstydzi. I bardzo, kurwa, dobrze. Niech spierdala z takim tokiem myślenia. Nigdy w życiu nie będę z nim prowadził żadnej dyskusji. Żadnej. Gdy będzie pierdolił na uroczystościach rodzinnych, będę wychodził. Nie mam zamiaru nawet słuchać jego chorych wypowiedzi. W Święta co najwyżej do niego zadzwonię, złożę życzenia i nara. Czy ja mu życzę dobrze? Nie życzę mu źle – tak przynajmniej myślę.
Żadnym czynem, żadnym słowem nie cofnie tego, co zrobił. Nigdy.
Wybaczenie, to zapomnienie krzywd. Ja mu tego nigdy nie zapomnę. Nie potrafię.
“Czyli uważasz, że to, że dziecko Ci odpyskowało, to powód do tego, by je uderzyć w twarz i że to jego wina, że je uderzyłeś?”.
“Tak”.
Mój osobisty Hitler – mój ojciec.
About this entry
You’re currently reading “My personal Hitler,” an entry on YHL
- Opublikowano:
- 18 Październik 2011 / 21:15
- Kategoria:
- Dziennik
- Tagi:
2 komentarzy
Jump to comment form | rss komentarzy [?] | trackback uri [?]